Nie zamierzam
umniejszać znaczenia rodziny w życiu człowieka. Przeciwnie. Jest to wzór
(negatywny lub pozytywny) relacji międzyludzkich, pierwszy model społeczeństwa,
w którym wszyscy żyjemy. I tak jak to społeczeństwo, może być zbudowana
prawidłowo, lub oparta na patologiach. Jednak to rodzina pozostaje podstawową
komórką społeczną, to ona kształtuje nasze relacje z otaczającym światem. Od tego,
jaka ona jest, zależy przyszłe życie człowieka.
W tradycyjnym
ujęciu wprost z USC rodzina to mąż i żona, kobieta i mężczyzna, i role, które
mają oni wspólnie wypełniać. Z czasem pojawiają się dzieci, które mają być
przygotowywane przez rodzinę do życia w społeczności innych ludzi. Ok, ale nie
zapominajmy, że rodzina nie powstaje w próżni. Tworzą ja jeszcze nie tylko
dziadkowie, ale i cały sztafaż szwagrów, ciotek, stryjków, chrzestnych,
kuzynów, etc. Wszyscy wiemy, jak istotne są te dalsze przyległości rodziny w
naszym świecie. Dopiero poprzez wgląd w relacje między tak wskazanymi członkami
rodziny uzyskujemy szerszą panoramę umożliwiającą wejście w dalsze relacje
międzyludzkie. Od tego, jakie były one w rodzinie, może zależeć cała przyszłość
człowieka, wiadomo.
Od tej
uproszczonej wizji już tylko krok do struktur, które funkcjonują poza relacjami
krwi, a które determinują rolę społeczną: do struktur mafijnych. Dziwi mnie, że „obrońców prawdziwej rodziny” nie bulwersuje fakt, że dla nazwania
relacji przestępczych, o charakterze przemocowym i kryminalnym używa się na
całym świecie tego samego słowa, co dla nazwania „uświęconej przez Boga relacji
mężczyzny i kobiety”. Czy to nie jest hipokryzja? Jeżeli na układy mafijne
przekłada się szereg pozytywnych konotacji pojęcia rodziny (vide cały „Ojciec
chrzestny” Mario Puzo i F. F. Coppoli), co owocuje swoistym „uszlachetnieniem” stosunków
opartych na zasadach sprzecznych z prawami i normami społecznymi? Czy to nie godzi to w dobre imię rodziny jako
takiej? Czy nie działa to w odwrotny sposób, sankcjonując przemoc i udrękę jako
„naturalne” cechy współżycia rodzinnego? Czy właśnie przyzwolenie na takie
dwuznaczności nie zakrawa na patologię?
Do dalszych
refleksji na temat rodziny skłonił mnie seans „Aniołów w Ameryce” w reżyserii
Mike’a Nicholsa. Opierając się na serialowych portretach relacji rodzinnych nie
sposób nie zauważyć pogmatwanych relacji w rodzinie mormonów Pittów. Zaburzony model
rodziny, opartej fałszywie na skądinąd silnych i stabilnych fundamentach religijnych
okazuje się kolosem na glinianych nogach. Syn łudzi się, że może ojciec-despota
go kochał, tylko nie zdążył mu o tym
powiedzieć przed śmiercią. Matka takich złudzeń nie ma, ale jest niespełnioną,
nieświadomą swoich potrzeb samotną, niekochaną przez męża kobietą. Syn świadomie przenosi
model układu pełnego nieprawdy i przemilczeń na związek swój i żony. Żona, uwikłana
w przemocowe relacje we własnej
zakłamanej rodzinie podświadomie wyczuwa fałsz swojego małżeństwa i z popada w
uzależnienie od valium. Taki portret rodziny budzi sprzeciw i odrazę. Dwulicowość
i nieszczerość, ukryte pod faryzejską zasłoną religijnych dogmatów nie mogą być
właściwym punktem odniesienia we współczesnym świecie, bo potencjalnie (i
faktycznie) niszczy ludzkie życie.
Z drugiej
strony pojawia się model relacji, których nikt nie chce jeszcze nazwać
rodzinnymi, a które z pewnością stanowią model więzów łączących dwóch
młodych gejów. Bohaterowie wywodzą się z jakże różnych, a jednak podobnych
środowisk (goj – WASP i laicki Żyd, obaj z szanowanych rodów). Są w długoletnim
związku, który za sprawą HIV i AIDS przechodzi poważny kryzys. Jednocześnie obaj
uczą się siebie i życia, odpowiedzialności za drugiego człowieka, relacji, którą
tak opisał Antoine de Saint – Exupéry
historią o oswojeniu Lisa:
-"Oswoić" znaczy "stworzyć
więzy". […] Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu
tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz.
Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz
jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny
na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie. […] jeślibyś mnie oswoił,
moje życie nabrałoby blasku. Z daleka będę rozpoznawał twoje kroki - tak różne
od innych […] - Poznaje się tylko to, co się oswoi - powiedział lis. - Ludzie
mają zbyt mało czasu, aby cokolwiek poznać. Kupują w sklepach rzeczy gotowe. A
ponieważ nie ma magazynów z przyjaciółmi, więc ludzie nie mają przyjaciół.
Jeśli chcesz mieć przyjaciela, oswój mnie!
- A jak się to robi? - spytał Mały Książę.
- Trzeba być bardzo cierpliwym. Na początku siądziesz w pewnej odległości ode mnie, ot tak, na trawie. Będę spoglądać na ciebie kątem oka, a ty nic nie powiesz. Mowa jest źródłem nieporozumień. [...][1]
- A jak się to robi? - spytał Mały Książę.
- Trzeba być bardzo cierpliwym. Na początku siądziesz w pewnej odległości ode mnie, ot tak, na trawie. Będę spoglądać na ciebie kątem oka, a ty nic nie powiesz. Mowa jest źródłem nieporozumień. [...][1]
Faktem jest,
że relacja obu młodych mężczyzn jest trudna, ale jest też źródłem gorzkiej
prawdy o człowieczeństwie i w ostateczności - do samopoznania. W konsekwencji prowadzi do triumfu uczciwości i odpowiedzialności za
kochaną osobę nad fałszem i egoizmem. Czy ukształtowana w ten sposób dojrzewająca
relacja międzyludzka nie jest w rzeczy samej bliższa ideału rodzinnych stosunków,
niż pełne hipokryzji układy Pittów, jakkolwiek to one są prawnie i religijnie
usankcjonowane? Czy nie zdrowsze są, nawet bolesne relacje, ale bazujące na uczciwości i przyjaźni,
od tych, które w majestacie prawa pozwalają łamać dekalog i prawa drugiego
człowieka? Jakże wymowna staje się przy takim rozumieniu słowa „rodzina”
ostatnia scena filmu, w której czwórka bohaterów świętuje urodziny Priora. W kontekście całości serialu wydaje się ona echem innych
słów francuskiego pisarza:
„Zaopiekowanie się chorym, przyjęcie do domu
wygnańca, nawet przebaczenie winnemu – nabierają wartości jedynie dzięki
uśmiechowi, który nadaje blask świętu. Łączymy się uśmiechem ponad różnicami
języków, kast i partii. Jesteśmy wyznawcami jednego Kościoła: ten drugi
człowiek z jego zwyczajami i ja z moimi. Czy ten rodzaj radości nie jest
najcenniejszym owocem naszej cywilizacji?”[2]
Czy relacje rodzinne nie mogą odnosić się do takiej właśnie sytuacji? W świetle
słów pisarza serialowe anioły mogą być w nas i tylko od nas zależy, czy będziemy w stanie
dostrzec ich interwencję. I czy uda nam się wprowadzić w życie rodzinne, społeczne i
religijne ideały, które nam podobno przyświecają…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz