wtorek, 28 stycznia 2014


Debata Gazety Wyborczej dotycząca zagadnienia rodziny, opublikowana pt. Nieświęta rodzina ogląda ‘M jak Miłość’, kolejny raz wprawiła mnie – jak to zwykle bywa przy tego rodzaju wymianie zdań – w stan mentalnego dyskomfortu. Różnice dotyczące kulturowo wypracowanego obrazu rodziny oraz roli tejże w życiu każdego człowieka polaryzują się w moim odczuciu przede wszystkim na linii Dunin – Łepkowska, czego zresztą nietrudno było się spodziewać już przed przystąpieniem do lektury. Zaskakujący dla mnie był jednak fakt, jak bardzo przewidywalne (tendencyjne?) były argumenty obu pań, niezależnej publicystki feministycznej oraz scenarzystki seriali telewizyjnych (nie tylko ‘M jak Miłość’, ale i stary ‘Klan’), utrzymywanej przez milionowe rzesze entuzjastów produkcji polskiej telewizji państwowej. W debacie pojawia się wiele osobistych wywnętrzeń, których wspólnym mianownikiem mają być przemyślenia dotyczące szeroko rozumianego życia rodzinnego. Pojawia się w niej istotne z punktu widzenia optyki polskiej pojęcie więzi wspólnotowej, baśnią kompensacyjną nazwane zostaje zaś idylliczne przedstawienie wieloosobowych rodzin – czy też, co samo nasuwa się na myśl, rodów – niczym w Sadze Rodu Forsythe’ów, której to mistrzowskiej galerii postaci dorównać pragnie chyba każdy ambitny pisarz czy scenarzysta filmowy. Czy jednak epopeję Johna Galsworthy’ego  moglibyśmy zaliczyć do tej samej kategorii? A co z Buddenbrookami Thomasa Manna (z podtytułem: Dzieje upadku rodziny), jeśli już pozostajemy w orbicie zachodnioeuropejskiej?
To, czego zdecydowanie w dyskusji zabrakło, to stwierdzenie, że dotyczy ona polskiej rodziny. To o niej cały czas rozmawiają uczestnicy, sprawiając wrażenie (bądź czyniąc to nieświadomie), że rozmawiają o rodzinie w znaczeniu uniwersalnym. A przecież pojęcie i obraz rodziny zdecydowanie różni się w zależności od danej kultury, w której występuje; w tym przypadku rodzina polska jawi się dosyć skrajnie i specyficznie. Polska wieloosobowa, tradycyjna rodzina ma swoje korzenie gdzieś w zamierzchłych czasach Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a jej najlepsze i najbardziej esencjonalne przedstawienie znaleźć można na kartach polskiej epopei narodowej, Pana Tadeusza. Tradycje te zresztą są proweniencji szlacheckiej, klasowo wyższej, nie zaś chłopskiej, gdzie proporcje przedstawiają się zgoła inaczej (wysoka umieralność, mniejsze jednostki rodzinne, skromniejsza przestrzeń życiowa, wysoki stopień zależności od innych przedstawicieli własnej grupy społecznej, itd.) Obyczajowość zamożnych dworków, oddalonych od siebie w sposób zapewniający bezpieczeństwo i brak penetracji sąsiedzkiej, wystawne uczty przemieniające się zazwyczaj w nieprzyzwoite popasy, wyraźna przewaga elementu kolektywu od żywiołu indywidualizmu. W skrócie – najlepsze pozostaje w rodzinie, a wzór do naśladowania znajduje się wśród warstw uprzywilejowanych (na samym szczycie).
Zgoła inne pojęcie rodziny prezentuje nam kultura niektórych państw zachodnioeuropejskich, w tym , dla przykładu, kultura niemiecka, gdzie samo pojęcie rodziny wykształciło się w drugiej połowie XVIII wieku w dobie oświecenia; w odróżnieniu od kultury polskiej, warstwy najbardziej uprzywilejowane (arystokracja) nie reprezentowały sobą żadnych cnót, a ich hulaszcze, egoistyczne prowadzenie się i trywialne zachcianki siały wśród walczącego o silniejszą pozycję i bogacącego się mieszczaństwa zgrozę i niesmak. Pojęcie cnotliwej, tradycyjnej rodziny wywodzi się tu więc właśnie od mieszczaństwa, które w celu uchronienia swego potomstwa od zgubnego wpływu zdeprawowanej arystokracji stanowiło samemu sobie twarde prawo oparte na cnocie, sprawiedliwości i umiłowaniu zdobyczy własnej pracy. W XIX wieku model ten rozwinął się w obraz rodziny jako „samotnej wyspy”, która niewiele wagi przykładała chociażby do zawirowań politycznych czy zmian społecznych, na które starała się być odporna, największą wagą było szczęście wewnątrzrodzinne – owa antyintelektualna postawa biedermeierowska przekształciła się w drugiej połowie XIX wieku w zjawisko, które język angielski ochrzcił mianem philistinism, a które za pośrednictwem niemczyzny znalazło się w słowniku polskim jako filisterstwo.
 
Przypominając te powszechnie znane fakty chciałbym postawić tezę, iż opisywane w debacie i głęboko zakorzenione w kulturze polskiej pojęcie rodziny (wykorzystywane przez kulturę masową, w tym przede wszystkim przez telewizję) jest ciekawym połączeniem zjawiska filisterstwa ze staropolskimi tradycjami szlacheckimi, które dochodzą do głosu przede wszystkim przy celebracji wszelkich świąt religijnych (tradycyjne wigilie Bożego Narodzenia czy śniadania wielkanocne), ale także przy ciekawej polskiej tradycji hucznego obchodzenia imienin – w odróżnieniu od wielu innych narodów. Przy okazji świąt bawimy się jak soplicowska szlachta, na co dzień z kolei bliżej nam do dulszczyzny. Przytaczana w debacie więź wspólnotowa objawia się dość wyraźnie w przypadku żywiołu soplicowskiego, nie widzę dla niej jednak miejsca w świecie filisterskim. Więź wspólnotowa dotyczy więc jedynie niewielkiej części polskiego życia rodzinnego (w znaczeniu oczywiście utartego stereotypu), takiej, którą przechowujemy we wspomnieniach z dzieciństwa, do których lubimy powracać w przypadku dłuższego wyjazdu, oderwania się od naszych rodzin, korzeni, uświęconych tradycją rytuałów rodzinnych itd. Jest to jedynie namiastka, którą, jak mi się wydaje, słusznie moglibyśmy nazwać – za Kingą Dunin – ersatzem, substytutem, bo zarówno estetyka wielkich, rodzinnych wieców, jak również uświęcony rozkład dnia rasowego filistra wykluczają z utrwalonego pojęcia rodziny czynnik indywidualny. Dlatego trudno nie zgodzić się z Dunin, która ponad tradycyjnie powtarzany rytuał spotkania rodzinnego wynosi budowanie indywidualnych więzi. Ilona Łepkowska zdaje się kolejny raz sięgać jedynie do półśrodków. W innym wywiadzie, dotyczącym fenomenu popularności stworzonego przez siebie serialu ‘M jak Miłość’ stwierdziła, że jeśli rodzina jest w stanie spędzić ze sobą przykładowe 15 minut dziennie na komentowaniu wydarzeń ostatniego odcinka ulubionego serialu, jest to już samo w sobie dla niej sukcesem; niczym dobra wróżka potrafi ona połączyć współczesną, rozklekotaną rodzinę chociaż na te 15 minut i dać jej temat do rozmowy. W moim odczuciu, Łepkowska robi takiej rodzinie krzywdę, podając na tacy zaprawiony powolnie działającą trucizną ersatz, który wkrótce ją wykolei.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz