Debata Gazety Wyborczej dotycząca
zagadnienia rodziny, opublikowana pt. Nieświęta
rodzina ogląda ‘M jak Miłość’, kolejny raz wprawiła mnie – jak to zwykle
bywa przy tego rodzaju wymianie zdań – w stan mentalnego dyskomfortu. Różnice dotyczące
kulturowo wypracowanego obrazu rodziny oraz roli tejże w życiu każdego człowieka
polaryzują się w moim odczuciu przede wszystkim na linii Dunin – Łepkowska,
czego zresztą nietrudno było się spodziewać już przed przystąpieniem do lektury.
Zaskakujący dla mnie był jednak fakt, jak bardzo przewidywalne (tendencyjne?) były
argumenty obu pań, niezależnej publicystki feministycznej oraz scenarzystki
seriali telewizyjnych (nie tylko ‘M jak
Miłość’, ale i stary ‘Klan’),
utrzymywanej przez milionowe rzesze entuzjastów produkcji polskiej telewizji
państwowej. W debacie pojawia się wiele osobistych wywnętrzeń, których wspólnym
mianownikiem mają być przemyślenia dotyczące szeroko rozumianego życia
rodzinnego. Pojawia się w niej istotne z punktu widzenia optyki polskiej pojęcie
więzi wspólnotowej, baśnią kompensacyjną nazwane zostaje zaś
idylliczne przedstawienie wieloosobowych rodzin – czy też, co samo nasuwa się na
myśl, rodów – niczym w Sadze Rodu Forsythe’ów, której to
mistrzowskiej galerii postaci dorównać pragnie chyba każdy ambitny pisarz czy
scenarzysta filmowy. Czy jednak epopeję Johna Galsworthy’ego moglibyśmy zaliczyć do tej samej kategorii? A
co z Buddenbrookami Thomasa Manna (z podtytułem:
Dzieje upadku rodziny), jeśli już pozostajemy
w orbicie zachodnioeuropejskiej?
To, czego zdecydowanie w dyskusji
zabrakło, to stwierdzenie, że dotyczy ona polskiej
rodziny. To o niej cały czas rozmawiają uczestnicy, sprawiając wrażenie
(bądź czyniąc to nieświadomie), że rozmawiają o rodzinie w znaczeniu
uniwersalnym. A przecież pojęcie i obraz rodziny zdecydowanie różni się w
zależności od danej kultury, w której występuje; w tym przypadku rodzina polska
jawi się dosyć skrajnie i specyficznie. Polska wieloosobowa, tradycyjna rodzina
ma swoje korzenie gdzieś w zamierzchłych czasach Rzeczypospolitej Obojga
Narodów, a jej najlepsze i najbardziej esencjonalne przedstawienie znaleźć można
na kartach polskiej epopei narodowej, Pana
Tadeusza. Tradycje te zresztą są proweniencji szlacheckiej, klasowo
wyższej, nie zaś chłopskiej, gdzie proporcje przedstawiają się zgoła inaczej
(wysoka umieralność, mniejsze jednostki rodzinne, skromniejsza przestrzeń
życiowa, wysoki stopień zależności od innych przedstawicieli własnej grupy
społecznej, itd.) Obyczajowość zamożnych dworków, oddalonych od siebie w sposób
zapewniający bezpieczeństwo i brak penetracji sąsiedzkiej, wystawne uczty przemieniające
się zazwyczaj w nieprzyzwoite popasy, wyraźna przewaga elementu kolektywu od
żywiołu indywidualizmu. W skrócie – najlepsze pozostaje w rodzinie, a wzór do
naśladowania znajduje się wśród warstw uprzywilejowanych (na samym szczycie).Zgoła inne pojęcie rodziny prezentuje nam kultura niektórych państw zachodnioeuropejskich, w tym , dla przykładu, kultura niemiecka, gdzie samo pojęcie rodziny wykształciło się w drugiej połowie XVIII wieku w dobie oświecenia; w odróżnieniu od kultury polskiej, warstwy najbardziej uprzywilejowane (arystokracja) nie reprezentowały sobą żadnych cnót, a ich hulaszcze, egoistyczne prowadzenie się i trywialne zachcianki siały wśród walczącego o silniejszą pozycję i bogacącego się mieszczaństwa zgrozę i niesmak. Pojęcie cnotliwej, tradycyjnej rodziny wywodzi się tu więc właśnie od mieszczaństwa, które w celu uchronienia swego potomstwa od zgubnego wpływu zdeprawowanej arystokracji stanowiło samemu sobie twarde prawo oparte na cnocie, sprawiedliwości i umiłowaniu zdobyczy własnej pracy. W XIX wieku model ten rozwinął się w obraz rodziny jako „samotnej wyspy”, która niewiele wagi przykładała chociażby do zawirowań politycznych czy zmian społecznych, na które starała się być odporna, największą wagą było szczęście wewnątrzrodzinne – owa antyintelektualna postawa biedermeierowska przekształciła się w drugiej połowie XIX wieku w zjawisko, które język angielski ochrzcił mianem philistinism, a które za pośrednictwem niemczyzny znalazło się w słowniku polskim jako filisterstwo.
Przypominając te powszechnie
znane fakty chciałbym postawić tezę, iż opisywane w debacie i głęboko
zakorzenione w kulturze polskiej pojęcie rodziny (wykorzystywane przez kulturę masową,
w tym przede wszystkim przez telewizję) jest ciekawym połączeniem zjawiska
filisterstwa ze staropolskimi tradycjami szlacheckimi, które dochodzą do głosu
przede wszystkim przy celebracji wszelkich świąt religijnych (tradycyjne wigilie
Bożego Narodzenia czy śniadania wielkanocne), ale także przy ciekawej polskiej
tradycji hucznego obchodzenia imienin – w odróżnieniu od wielu innych narodów. Przy
okazji świąt bawimy się jak soplicowska szlachta, na co dzień z kolei bliżej
nam do dulszczyzny. Przytaczana w debacie więź wspólnotowa objawia się dość
wyraźnie w przypadku żywiołu soplicowskiego, nie widzę dla niej jednak miejsca
w świecie filisterskim. Więź wspólnotowa dotyczy więc jedynie niewielkiej
części polskiego życia rodzinnego (w znaczeniu oczywiście utartego stereotypu),
takiej, którą przechowujemy we wspomnieniach z dzieciństwa, do których lubimy
powracać w przypadku dłuższego wyjazdu, oderwania się od naszych rodzin,
korzeni, uświęconych tradycją rytuałów rodzinnych itd. Jest to jedynie
namiastka, którą, jak mi się wydaje, słusznie moglibyśmy nazwać – za Kingą
Dunin – ersatzem, substytutem, bo
zarówno estetyka wielkich, rodzinnych wieców, jak również uświęcony rozkład
dnia rasowego filistra wykluczają z utrwalonego pojęcia rodziny czynnik indywidualny.
Dlatego trudno nie zgodzić się z Dunin, która ponad tradycyjnie powtarzany
rytuał spotkania rodzinnego wynosi budowanie indywidualnych więzi. Ilona
Łepkowska zdaje się kolejny raz sięgać jedynie do półśrodków. W innym
wywiadzie, dotyczącym fenomenu popularności stworzonego przez siebie serialu ‘M jak Miłość’ stwierdziła, że jeśli
rodzina jest w stanie spędzić ze sobą przykładowe 15 minut dziennie na
komentowaniu wydarzeń ostatniego odcinka ulubionego serialu, jest to już samo w
sobie dla niej sukcesem; niczym dobra wróżka potrafi ona połączyć współczesną,
rozklekotaną rodzinę chociaż na te 15 minut i dać jej temat do rozmowy. W moim
odczuciu, Łepkowska robi takiej rodzinie krzywdę, podając na tacy zaprawiony
powolnie działającą trucizną ersatz, który wkrótce ją wykolei.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz