poniedziałek, 16 grudnia 2013

Polecam nie tylko artykul, ale (przede wszystkim) komentarze:
http://wyborcza.pl/magazyn/1,126715,15134658.html

Zachecam do komentowania dwoch poniszych obrazkow, w kontekscie 3 fali feminizmu:

  Praca Elżbiety Jabłońskiej pt.

2 komentarze:

  1. Twór powstały ze skrzyżowania przerośniętego kota domowego rasy „japoński bobtail” w wersji „soft” z błotnistą mazią nieznanego pochodzenia zdecydowanie bardziej urąga godności stąpających po tym świecie osobników tejże rasy, niż ucieleśnia jakikolwiek racjonalny argument przeciwko temu co „piekielne” w gender – piekielne czyli niebezpieczne. Może w związku z tym, zamiast terminu „efekt Lucyfera” powinniśmy posługiwać się pojęciem „efektu diabelskiej Kitty”, a kolor różowy powinien zdetronizować kolor czarny w sferze symbolicznej.
    Rzecz w tym, że owo niebezpieczeństwo leży po przeciwnej stronie barykady, a tę atmosferę „z piekła rodem” napędzają ci, którzy nawet nie próbują zrozumieć czym jest gender. Samo słowo brzmi obco, więc lepiej się od niego zupełnie odciąć, ewentualnie ochoczo zanegować, zmieszać z błotem, bo … tak jest łatwiej. Niewiedza staje się źródłem lęku przed nieznanym, obcym. Idealnie wręcz w tym kontekście sprawdzi się powiedzenie: „Zrobić kogoś w balona.” Tym wykiwanym czy wyrolowanym jest właśnie gender, choć w istocie nie chodzi tu o tego „zrobionego w balona” a tego „robiącego w balona.”
    Wizualnie większe zdaje się być groźniejsze, choć jednocześnie odrealnione. W balona zrobiono niegdyś samą Wonder Woman, za co pokutuje ona po dziś dzień. Na okładce pierwszego wydania magazynu Ms. z 1972 roku przedstawiono jej postać w sposób analogiczny do wizerunku Kitty, choć zachowała ona ludzkie cechy. To nie Wonder Woman miała ze sobą problem. Problem mieli ci, którzy bronili się przed oswojeniem się z reprezentowaną przez nią koncepcją kobiecości. Pomimo, iż upłynęło ponad 40 lat, problem pozostaje ten sam – zrozumieć to trzeba chcieć, a jak się nie chce, to się bije pianę albo mydli oczy, żeby tylko zakryć sendo sprawy.

    OdpowiedzUsuń
  2. JA NIE CHCĘ BYĆ SUPER.

    Nie będąc ideową zwolenniczką Kongresu Kobiet zgadzam się całkowicie z Agnieszką Graff, która krytykowała nowy projekt Kongresu „Superwoman na rynku pracy”. Ta „superkobieta” jako wytwór neoliberalnego przymusu indywidualnego sukcesu stała się tak ikoniczną, jak ambiwalentną figurą feminizmu 3. fali. Chciałabym się tutaj krótko skupić na jednej z jej odsłon: supermatce. Minęło już 12 lat od powstania znanej pracy Elżbiety Jabłońskiej „Supermatka” z cyklu „Gry domowe”. Do zdjęć z cyklu pozuje sama artystka, siedząca w kuchni w stroju Supermana i trzymająca na kolanach kilkuletniego synka. Jej poza wyraźnie nawiązuje do przedstawień Madonny. Ikona popkultury zostaje tutaj zderzona z mitem Matki Polki, który został w polskiej kulturze przetransponowany z motywu Maryi z Dzieciątkiem. Jednak czy faktycznie mamy tu do czynienia ze zderzeniem? Ten kontrast jest pozorny, w rzeczywistości posłużenie się konotacją supermana wzmacnia wizerunkowy przekaz kobiety jako tej, która podobnie jak superman poświęca się „dla sprawy” - tyle że jej sprawy ograniczają się do „gier domowych”: walki z brudem, plamami, zarazkami i opieki nad dzieckiem. Analizując krytyczny wymiar cyklu, Izabela Kowalczyk, krytyczka sztuki z perspektywy feministycznej, pisze: „I choć supermatka nie jest wcale tak odległa od Matki-Polki – różni je świadomość własnego ulokowania”. Innymi słowy – przewaga Supermatki nad Matką-Polką ma wynikać z „polityki umiejscowienia”, z krytycznego dystansu tej pierwszej do podobnej roli, jaką obie spełniają.
    Tłumaczenie to nie wydaje mi się ilustracją postępującej emancypacji. Wskazuje według mnie raczej na głęboki tragizm sytuacji „uświadomionych” kobiet, które wcale nie przepracowały przypisanej im roli, a tylko dokładają sobie kolejne obowiązki w służbie wymogu wydajności, po to, by stać się bardziej „super”: w domu, na rynku pracy, na przyjęciu, w seksie, na plaży, w sklepie. Uzyskane w wyniku dekad feministycznych działań przekonanie, że „mogę wszystko” niepostrzeżenie przeistoczyło się w „muszę wszystko”, które nakłada na kobiety innego rodzaju, ale także dotkliwe pęta zewnętrznych norm i wymogów. Coraz poważniej zastanawiam się ostatnio nad rozpoczęciem małej kampanii feministycznej, która rozumiane jako podstawa ruchu kobiecego hasło „wszystko mogę” zastąpiłaby – choć negatywnie brzmiącym, to jednak bardzo adekwatnym dzisiaj - „nic nie muszę”.

    OdpowiedzUsuń