Myślę sobie,
że w jakimś sensie za prekursorkę genderowego podejścia do problemu męskości w
Polsce można uważać Wisławę Szymborska, która kiedyś z wrodzoną rozwagą
skonstatowała:
„Z kolei nie
podpisałam jakiegoś apelu przysłanego przez feministki. Wiem, że to potrzebny
nurt, ale wolałabym żadnym nurtem nie płynąć. Ja współczuję i mężczyznom, oni
mają też swoje stresy i lęki, a w domu czasem jadowite żony".[1]
Nie należy chyba przy tych słowach zbyt zajadle krytykować sformułowania
„jadowite żony”, bo i takie się pewnie zdarzają, jak i podobni im mężowie. Doceńmy
godną pochwały postawę otwartości na Innego, na jego problemy i niedole. W
końcu sama męskość nie jest jednorodnym, homogenicznym pojęciem. I jeśli gender
ma za zadanie podkreślić równościowe podejście do spraw płci, to Szymborska wpisała
się właśnie (chcąc nie chcąc) w ten
nurt. Łagodnie go oswajając przy tym. Tylko szkoda, że mało kto zagląda
dziś do publikacji poświęconych Poetce.
W bardziej dosadny sposób wyraził się na temat męskości Bogusław Linda, dla
niektórych aktor kultowy. Istnieje możliwość, że jego wypowiedź dotrze do
szerszego grona odbiorców, co sprawi, że być może niektórzy z nich zastanowią
się nad trwałością ról społeczno-kulturowych męskich i kobiecych na przestrzeni
dziejów:
„Patrząc jak
mężczyźni się ubierają, wyglądają, w jaki sposób wypowiadają, widzę, że ten typ
męski się zmienił na bardziej kobiecy (śmiech). Bardziej kobiecy typ
mężczyzny. Chociaż jak się tak dobrze nad tym zastanowić, to tak już było w
wieku XVII. Faceci już wtedy byli bardziej kobieco ubrani od pań, bardziej się
malowali".[2]
I znów
gender jakieś! Dla przeciwników „ideologii gender” jest to opinia nie do
przełknięcia, bo sugeruje relatywizm pojęć i fakt, że „tradycyjne” pojmowanie
tradycji nie jest niczym uzasadnione, jeśli się je próbuje wykorzystać
instrumentalnie. Co gorsza, Aktor brnie w relatywizm moralny, zamiast grzmieć
zgorszony i ostrzegać przed Sodomą i Gomorą:
„Być może
tak to po prostu fluktuuje na przestrzeni dziejów i nie ma się co denerwować. W
czasach kiedy siedzimy sobie w wygodnych klimatyzowanych wnętrzach, uprawiamy
seks przed laptopem, to jakież to ma znaczenia, czy jest się kobietą, czy
mężczyzną. Kiedyś mężczyzna musiał siadać na konia ubierać kożuch, jechać,
zdobyć coś do jedzenia, rzucić przed babą. Ona to piekła na ognisku, role były
jednoznacznie podzielone. Teraz tego nie ma".[3]
Jak to nie
ma? A Polska, Sir?, ciśnie się na usta kwestia madame Walewskiej (znowu ten
Zachód zdemoralizowany i jego przedmiotowe wykorzystanie tego, co Polska ma
najwartościowszego!) A jeśli ktoś tłumaczy, że role przypisywane kobietom i
mężczyznom po prostu się zmieniają w zależności od epoki, geografii i ekonomii,
to burzy od razu porządek społeczny…
Słowa cytowanych
przeze mnie artystów świadczą o tym, że tematyka równościowa jest stale istotna w dyskursie społecznym i w kulturze, nie tylko popularnej, ale i masowej, choć
czasem nie wprost.
O ile słowa Szymborskiej zwracają uwagę na to, że myślenie
równościowe nie może pomijać zróżnicowanej i wcale nie jednoznacznie opresyjnej
roli mężczyzn we współczesnym świecie, o
tyle wypowiedź Lindy zakłada, że taka
jest kolej rzeczy, iż świat się zmienia: „[…n]ieśmiało radziłbym żeby się tym
całym gadaniem o kryzysie męskości nie przejmować[4]
”.
Podpisuję
się pod tym stwierdzeniem obiema rękami. Postawą najwartościowszą wydaje mi się
bowiem spokój, umiar i szacunek dla rozmówców/słuchaczy/słuchaczek. W taki sposób istnieje większa
szansa na to, by dotrzeć do nieprzekonanych, niż za pomocą tez radykalnych i kontrowersyjnych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz